MŁODZI PISZĄ O KASIE
0

Dom jest tam, gdzie… wydajesz hajs

Dom jest tam, gdzie nasze serce… – powie Wam każda strona internetowa typu cytaty.pl. Zejdźmy jednak na ziemię, bo dom to też wydatki i to jedne z większych w życiu. Czy będzie to dom rodzinny, studencka klitka, akademik, czy też własne mieszkanie – wszędzie zostawiamy wspomnienia, ale i sporo hajsu. Dlatego opowiem Wam jak to jest mieć trzy domy na raz.

AUGUSTÓW

Z perspektywy czasu widzę moje miasto rodzinne jako niekoniecznie tanią podlaską mieścinę. To miejsce turystyczne. Uzdrowisko, które momentami bardzo się ceni i za puszkę coli można zapłacić tam tyle, co za 1,5 litra tego napoju w stolicy. Nie mówię tu o sieciówkach typu Lidl, czy Biedronka, ale o sklepach, czy kawiarniach, które w Augustowie są od pokoleń i zwyczajnie się cenią. Nie oszukujmy się, turyści nie znają realiów i zapłacą każdą cenę, dlatego trzeba uważać na cenowe miny w tamtejszych sklepach. Sami uznacie, że 4,50 zł za bochenek zwykłego pszennego chleba, to trochę dużo.

Nie pochodzę z samego miasta, ale z jego okolic, jednak to w nim uczyłem się, spędzałem czas wolny i robiłem ewentualne zakupy. Posiadanie dużego gospodarstwa rolnego pochłaniało ogromne ilości hajsu za prąd (czasem nawet 800 zł za miesiąc), wodę, utrzymanie zwierząt, sprzętu, budynków i samych pól.

Ale to przecież wieś! Można samemu sobie „posadzić” sałatkę! Zawsze wiosna mijała pod znakiem siania warzyw, lato i jesień – ich zbioru, robienia przetworów, kiszenia kapuchy, robienia dżemów, zbierania ziemniaków z pola i jabłek z sadu. Piekłem swój chleb, robiłem masło, czy śmietanę. W ten sposób jedzenie praktycznie nic mnie nie kosztowało. No może tylko dużo czasu i cierpliwości.
Wyprowadziłem się w wieku 19 lat na studia i wszystko totalnie się zmieniło.

Poznań, Warszawa, Augustów
Poznań, Warszawa, Augustów

POZNAŃ

Zamieniłem ogromny dom jednorodzinny na stare mieszkanko w bloku z trzema pokojami, gdzie mieszkało pięć osób. Dostałem pokój o połowę mniejszy, niż miałem w domu, ale tutaj tę połowę musiałem jeszcze dzielić ze współlokatorem. Na początku było zwyczajnie „dziko”. Czułem się trochę jak wolny ptak zamknięty nagle w klatce. Jednak nie była to droga klatka, więc nie narzekałem. Płaciłem 450 zł miesięcznie za wszystko (prąd, czynsz, Internet, woda), a raz na dwa miesiące dochodziła opłata za gaz. Dosłownie parę złotych więcej.
Wszelkie dodatkowe opłaty (środki czystości, sprzęty do mieszkania) były dzielone na pięć, więc ostatecznie nigdy nic nie nadwyrężało jakoś mocno mojego portfela. Do tego dosłownie parę metrów od bloku mieliśmy Makro – „wynosiliśmy” stamtąd wszystko po cenach hurtowych. Wszystko fajnie, ale co ze współlokatorami? Bywali różni przez sześć lat. Niektórzy nie zawsze respektowali ogólne zasady w mieszkaniu, przez co portfele wszystkich obrywały po równo. No i te tygodniowe rozpiski kto i w jakich godzinach będzie brał prysznic…

Zdecydowanie najtrudniejszą próbą było dla mnie zamienienie bezpłatnego jedzenia, które mogłem sobie sam wyhodować na codzienne zakupy w sklepie. Wtedy każda cena była dla mnie za duża, a smak każdego warzywa i owocu jałowy. Z czasem jednak przywykłem i do tego.
Po sześciu latach nadszedł czas na kolejną zmianę, chyba jeszcze poważniejszą.

WARSZAWA

Mieszkanie i rachunki. Zacząłem szukać swojego mieszkania w Warszawie we wrześniu. Nie róbcie tego nigdy! To najgorszy okres na poszukiwania. Nowi studenci idą na studia, starzy wyjadacze szukają nowego mieszkania, ludzie zaczynają pracę, uczniowie rok szkolny, mieszkańcy wracają po wakacjach – jeden wielki kocioł chętnych na nowe lokum. Chyba najrozsądniej jest szukać w czerwcu-lipcu (stare umowy kończą się, pojawia się mnóstwo nowych ogłoszeń, a ludzie dopiero we wrześniu rzucają się na nie).

Po długich poszukiwaniach znalazłem, a właściwie znaleźliśmy, bo wynajmuję mieszkanie z przyjacielem. Nadal nie rezygnuję więc z mieszkania ze współlokatorem. Jest łatwiej finansowo, a jeden współlokator nie powoduje takich nieporozumień jak czterech współlokatorów. Płacimy 900 zł miesięcznie na jednego za wszystko i dopłacamy po 25 zł za Internet. Standard mieszkania teraz jest jednak nieporównywalnie lepszy. Moja studencka klitka może się schować. Zawsze można też poszukać trzeciego lokatora i rozbić koszty. Wolę chyba jednak mieć wolną łazienkę i pełen karton mleka w lodówce, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto je ukradkiem wypije.

Jeżeli w zimę przesadzimy z ogrzewaniem, czy zużyjemy za dużo wody, to musimy dopłacić. Raz się tak zdarzyło, więc od tamtej pory czasem ubieram się na cebulkę i skręcam kaloryfer z 5 na 2.
Rzeczy do mieszkania. To już niestety nie studia i wszystko musieliśmy kupić sami, począwszy od widelca i łyżki. O tym jak tanio urządzić mieszkanie z Pepco, czy Ikeą można w sumie napisać całą książkę, więc powiem tylko, że warto tam szukać fajnych cenowych okazji, a Wasze zakupy będą mniejsze o parę stów.

Lokalizacja. W Warszawie obowiązuje zasada – im dalej od centrum, tym taniej, chociaż są też wyjątki. Mam to szczęście, że mogę bezpośrednio do centrum dojechać tramwajem, lub metrem, a jednocześnie nie jest to strefa „skażona” mieszkaniami po 4000 zł za miesiąc wynajmowania.

Dziś nadal odwiedzam moje dwa poprzednie domy i zawsze porównuję. Jestem ciekaw, który z Waszych domów jest drogi sercu, ale niekoniecznie portfelowi.

czytaj również