MŁODZI PISZĄ O KASIE
1

Wydałam w sklepie ponad 5 tys. zł. To miejsce, w którym pracuję

Kiedy w październiku zeszłego roku składałam swoje CV na stanowisko dekoratora do sklepu w nowo powstałej  Galerii Metropolia w Gdańsku, nie miała pojęcia jakie ta praca niesie ze sobą ryzyko.

Ale od początku. Po pierwsze nie sądziłam, że w ogóle ją dostanę – tak to jest jak ma się CV pełne WOPR-u i ani jednego stanowiska związanego z wnętrzarstwem czy wzornictwem. Po rozmowie kwalifikacyjnej już wiedziałam, że nie dostanę tej pracy. SKM-ką wracałam znużona i zrezygnowana, ale wtedy, dokładnie po godzinie, zadzwonił telefon. A jednak DOSTAŁAM! ;D

Trzy dni później, pierwszy dzień w pracy. Galeria zamknięta, 10 minut poszukiwań jakiś otwartych drzwi, a w środku.. mnóstwo kurzu, pyłu i budowlańców. Okeeeeej.. rozglądam się za szyldem Stokki Home. Nie miałam pojęcia, jak ma wyglądać logo tego sklepu, ale nic straconego – szyldów jeszcze nie było, więc nie musiałam się przejmować tym, że nie wiem czego szukać. Kolejne 10 minut i wreszcie jeden z panów w żółtym kasku, znał odpowiedź na pytanie gdzie otwiera się salon Stokki Home – i to z dokładnością do jednego piętra 😉

To zdjęcie z pierwszego dnia pracy w Stokki Home z Agatą Nowicką, siostrą Alicji, która pisała na coztymhajsem.pl w poprzedniej edycji. To właśnie od niej dowiedziałam się o castingu) :)
To zdjęcie z pierwszego dnia pracy w Stokki Home z Agatą Nowicką, siostrą Alicji, która pisała na coztymhajsem.pl w poprzedniej edycji. To właśnie od niej dowiedziałam się o castingu) 🙂

 

Hura – windy działają. Jestem na +1. Zostało mi tylko przejść całe piętro i uważnie czytać tabliczki przy zamkniętych lokalach. Co za fart! Znalazłam napis Stokki Home na tabliczce drugiego, do którego podeszłam. W środku było ciemno – przez szyby witryn dało się zobaczyć jedynie wielką pustą przestrzeń i kilka ogromnych kartonów ustawionych na paletach.

Kiedy patrzyłam jak pierwszy raz unosi się roleta – nie miałam pojęcia, co tam znajdę, ani co będziemy robić. Jak się okazało nikt tego nie wiedział; usłyszałyśmy wtedy, tylko coś w stylu: „Róbcie, co chcecie. Otwieramy za 2 tygodnie.” Taka wolność? Zbyt piękne, żeby było prawdziwe, ale jednak – było! Najpierw pół godziny na rozrysowanie podziału na strefy stylistyczne, a później do roboty!

Zaczęłyśmy otwierać kartony, dzielić towar na style i rozkładać po strefach, a chłopaki z magazynu dowozili w tym czasie kolejne i kolejne palety. Na początku było w miarę bezpiecznie – dla mnie i dla mojego portfela. Widziałam mnóstwo cudownych przedmiotów, każdy w innym stylu, ale byłam tak pochłonięta organizacją sklepu, że nie poświęcałam im więcej czasu, niż trwało przeniesienie ich na odpowiednią strefę. Można powiedzieć, że niebezpieczeństwo było odwrotnie proporcjonalne do ilości kurzu w Metropolii. Nie pamiętam, czy odłożyłam sobie coś przed otwarciem – wydaje mi się, że nie – nie było na to czasu. Po wielkim otwarciu, kiedy cały kurz już opadł, a jego resztki zostały skrupulatnie wymiecione – wtedy się zaczęło. Miałyśmy czas na ‘dopieszczanie’ naszych stref – na powolne przyglądanie się produktom, na sprawdzanie ich w internecie.

W kolejnych dostawach pojawiało się coraz więcej ikon designu. Były lampy i krzesła Kartella, był Alessi, był Tom Dixon, mnóstwo mebli inspirowanych projektami Charlesa i Ray Eames’ów. A gdzieś koło listopada rozpłakałam się na widok fotela Barcelona. Autentycznie. Najpierw się o tym uczysz, przyjmujesz do świadomości, że na taki design prawdopodobnie nigdy nie będzie Cię stać, a później hop – taki mebel trafia do sklepu, w którym pracujesz i to za 1/8 swojej wartości. Na szczęście nie lubię chromu i skóry, więc skończyło się na podziwianiu go w sklepie, ale to wcale nie znaczy, że zaoszczędziłam.

Lista zakupów ze Stokki Home jest okropnie długa – wiem, że w ciągu kilku pierwszych miesięcy wydałam tam prawie połowę swojego wynagrodzenia.
Kupiłam między innymi:
1. Stół Kapal Dutchbone za w Stokki Home był dostępny za 909,95 do tego udało mi się trafić na promocję więc kupiłam go za 636,97 (z rabatem 30%) – natomiast jego cena regularna to ok. 3400 zł
2. Krzesło in art za 139.48 (z rabatem 50%) – cena regularna 650 zł
3. Dwa koce Davida Fussengera – każdy za 24,98 (z rabatem 50%) – cena regularna 304 zł
4. Dwa zestawy sztućców Villeroy &Boch – każdy za 109,48 (z rabatem 50%) – cena regularna to 650 zł
5. Komplet zastawy obiadowej Thomas Rosenthal Loft – zapłaciłam 153,30 zł, a cena regularna to 650 zł
5. Pościel Manterol Casa 160×200 29,98 (z rabatem 50%) – 34,98 – cena regularna 250 zł
6. Poduszki 60×80 cm z naturalnym pierzem – każda za 19,95 zł – cena regularna to ok. 40 zł
7. Futrzany koc 160×200 – 119,98 zł (z rabatem 50%) – cena regularna to 429 zł
8. Dwa duże ręczniki Port Maine za 29,98 zł (z rabatem 50%) – cena regularna to 160 zł
9. Regał Giro Trolley 449,98 (z rabatem 30%) – cena regularna to 1999 zł
10. Cztery lampiony Broste Copenhagen, za każdy zapłaciłam 14,98 (z rabatem 50%) – regularnie za 55 zł
11. Dywan z konopii Safavieh 180×240 – 239,95, cena regularna 850 zł
12. Szklanki Crema Tescoma 4 szt. -za kompet zapłaciłam 29.47 – a cena regularna to 42 zł
13. Dwa kubki Bloomingville – każdy kosztował mnie 39,95 – cena regularna 90 zł
14. Wazon Bloomingville za 79,95 zł – cena regularna 210 zł
15. Taca Dutchbone 62,97 (z rabatem 30%) – cena regularna to 180 zł
16. Trzy doniczki Bloomingville –  zapłaciłam za każdą 14,97 zł (z rabatem 50%) – a ich cena regularna to 70 zł
17. Dwa zestawy bombek Nkukum każdy kosztował mnie 34,98 (z rabatem 50%) – w cenie regularnej 150 zł
18. Zestaw do fondue za 34,98 zł (z rabatem 50%) w cenie regularnej 110 zł
19. Oprócz tego wszystkiego była jeszcze kosmetyczka, kilkanaście świeczek, parę świeczników, lniane poszewki, basicowe kubki oraz rzeczy, o których nie pamiętam.

Na rzeczy z powyższej listy wydałam łącznie 2655 zł – tych, o których nie pamiętam, uzbierałoby się jeszcze pewnie drugie tyle, ale skoro nie mam na to paragonów – te mniejsze zakupy znowu uchodzą mi na sucho 🙂

Dwa krzesła od In. Art, które chciałam kupić. Ostatecznie wybrałam to z lewej.

FCiągle czekam, aż przyjdzie moje ukochane krzesło – Acapulco, wtedy kupię dwa. Mam jeszcze odłożone kilka innych rzeczy, których ilość rośnie z każdą dostawą. Czy to, że nie mam na nie miejsca mi w czymś przeszkadza? Otóż nie. Tak samo jak to, że cierpię na permanentnie niskie saldo na koncie bankowym. Nie przeszkadza mi również brak jakiegokolwiek korytarza, w którymkolwiek z domów, do których upycham swoje zakupy (wynajęte mieszkanie, dom rodziców i dom dziadków) – właśnie odłożyłam śliczny chodnik 240 x 80 cm. Lamp też mam pełen komplet, ale przecież jedna więcej nie zaszkodzi 😉

Okazje sprzyjają rozwojowi zakupoholizmu, ale jakoś nie potrafię uznawać tego za mój nałóg – bo przecież oszczędziłam na nich 11908 zł! Oznacza to dokładnie tyle, że towar o wartości 14 563 zł kupiłam o prawie 80% taniej. Czysty biznes 🙂

Ceny w Stokki Home wahają się od 20 do 70% cen regularnych, ale promocje są na tyle często (prawie w każdy weekend), że bez problemu można zmieścić się w ok. 30% ceny regularnej. Inna sprawa, że wszystkie produkty przeważnie występują w Stokkach w jednym egzemplarzu i bardzo rzadko pojawiają się ponownie, więc czekanie na promocje nie zawsze jest dobrym pomysłem, zwłaszcza jeśli bardzo nam na czymś zależy. Na szczęście towar ciągle się zmienia, więc jeśli już ktoś kupi naszą perełkę przed nami (ostatnio machałam lampie Toma Dixona) – istnieje spora szansa, że szybko pojawi się coś innego, co skradnie nasze serce (w moim przypadku dzieje się tak co rano).

Gdybym w październiku nie zaczęła tej pracy – pewnie nie kupiłabym ani jednego produktu z powyższej listy i byłabym o ponad 5 tys. zł bogatsza lub o prawie 12 tys. zł biedniejsza (zależy od perspektywy). Czy żałuje, że tu pracuje? Oczywiście nie! Zakupów też nie żałuje, bo kiedyś i tak przecież musiałabym kupić stół, zastawę i te wszystkie inne rzeczy. Ale uczciwie ostrzegam; jeśli zastanawiasz się czy przyjąć pracę w sklepie, z którego najchętniej wykupiłabyś wszystko – podziel proponowaną pensję przez dwa – bo prawdopodobnie tyle Ci z niej zostanie 🙂

  • Karol Kondracki

    Takie sklepy, to dla mnie finansowe zabójstwo. Uwielbiam mieszkania z charakterem, a aby takie mieć, trzeba duuuużo kupić. W ogóle, jakie piękne rzeczy, te wszystkie meble. Zazdroszczę i życzę dalszej fajnej pracy 🙂

czytaj również